7 dni na innej planecie - polecieliśmy na Lanzarote

9.10.18

Plan był taki - wracamy z Holandii i jedziemy na zasłużone wakacje. Wybór padł na Lanzarote, chociaż u mnie niespodziewanie w między czasie wpadła jeszcze Sycylia (o której też pojawi się post). Od powrotu minęły już 2 tygodnie, a ja na wspomnienie tych słonecznych 7 dni wciąż szeroko się uśmiecham. Zdradzę Wam trochę naszych sekretów z tygodnia spędzonego na innej planecie. Lecimy? 


Podczas każdej podróży w swoim podróżniczym planerze w excelu notuję wszystkie koszty. Tak też było i tym razem. Z Lanzarote pojawią się trzy posty, w tym jeden praktyczny, z poradami jak zorganizować wszystko na własną rękę, a co najważniejsze, tanio! Napiszę też o tym jak wyglądała nasza trasa, gdzie nocowaliśmy, jednym słowem co, jak, gdzie i za ile. A tymczasem przenieśmy się na upalne Wyspy Kanaryjskie :-) 


 WULKANICZNA WYSPA - WITAMY NA LANZAROTE 

Nasza podróż w pierwszą stronę trwała dosyć długo, jednak nic nie przebije tego co działo się, gdy wracaliśmy, ale o tym później. Wylecieliśmy z warszawskiego Modlina o 9:10 w środę 19.09, po dwugodzinnej przesiadce w Brukseli i 4 kolejnych godzinach lotu wylądowaliśmy na kanaryjskiej ziemi. Gdy otworzyły się drzwi samolotu i wystawiliśmy nos za ich krawędź, uderzyło nas w twarze upiornie gorące powietrze, choć było już po 17. Pogoda zapowiadała się wyśmienicie :-) 


WALKA Z WULKANAMI

Po krótkiej aklimatyzacji i przepysznym tapas pierwszego wieczoru, następnego poranka podjęliśmy walkę z wulkanem Caldera Blanca. Dzień zaczął się dosyć wcześnie jak na wakacyjne klimaty, ale spodziewaliśmy się dobrych widoków bo niebo było bez chmurki. Dojechaliśmy na parking naszym wypożyczonym Cactusem, zabraliśmy wodę, aparat i ruszyliśmy na trekking. 


Czytałam gdzieś, że to spacerek i każdy bez problemu sobie z tym poradzi. Nie do końca tak jest. Nigdy nie miałam problemów z aktywnością, ale z nieba lał się żar, a naszym dużym błędem okazało się zabranie śliskich butów. Ścieżka jest wytyczona tylko do pewnego momentu, a potem jest drobny piasek i mała wspinaczka po kamieniach. Miałam momenty krytyczne, kiedy chciałam zawracać, ale zacisnęłam zęby. Nie lubię wychodzić na słabeusza, a że warunki były doskonałe, to żal było marnować okazję. Jeżeli nie boicie się przestrzeni, wysokości i lekkiego wysiłku, to traktujcie to jako obowiązkowy punkt do zobaczenia na Lanzarote. 


 WIDZIELIŚCIE KIEDYŚ ZIELONE JEZIORO?

Ja też nie - dopóki nie pojechałam na Lanzarote. Oprócz nas tego samego dnia chciało je zobaczyć setki innych osób. To czego najbardziej nienawidzę podczas obcowania z naturą to tłumy. Jednak w tak turystycznych miejscach trzeba się z tym liczyć i jakoś sobie poradzić. 



W drodze z El Golfo do najpiękniejszej plaży na wyspie mija się wulkaniczną lawę, w której woda wyżłobiła jaskinie. Miejsca nie da się przeoczyć, ponieważ znajduje się przy trasie i jest tam widoczny parking, na którym stoją samochody. Zbyt dużo czasu tam nie zostaniecie, ale uważam, że warto to zobaczyć i posłuchać jak fale rozbijają się o skały. 



 NAJPIĘKNIEJSZA PLAŻA EVER! 

Mówię to chyba zawsze po powrocie z wakacji. Swoją drogą to zabawne jak nadużywam słowa "najpiękniejsze", ale jestem w stanie zachwycić się naprawdę wszystkim. Taka już chyba moja natura :-) Wydaje mi się, że tym razem absolutnie nie przesadzam. Po powrocie z Krety twierdziłam, że na pewno nigdzie nie zobaczę tak turkusowej wody jak tam. To była duża pomyłka! 
Czysta, turkusowa woda, wysokie skały, plaża w zatoczce... Bajka! Tylko te tłumy... Co nie zmienia jednak faktu, że według mnie było tam absolutnie idealnie, a ja miałam ogromną frajdę, ponieważ to była moja pierwsza kąpiel w oceanie. 


KANARYJSKIE SINT MAARTEN

Od kiedy zobaczyłam filmy i zdjęcia, na których samoloty lądują tuż nad głowami plażowiczów, zapragnęłam kiedyś tego doświadczyć. Dzięki blogowi Mama said be cool dowiedziałam się, że na Lanzarote również znajduje się takie miejsce. Miałam wtedy zły dzień, poparzyłam się słońcem, a po dotarciu na plażę okazało się, że samoloty startują w innym kierunku. Czułam się okropnie i uznałam, że mamy cały dzień w plecy. Łukasz stwierdził, że przecież będą lądować z drugiej strony, więc musimy troszkę jeszcze posiedzieć. Włączyłam Flight Radar i okazało się, że pierwszy samolot już nadlatuje! Warto było czekać i schować zły humor do kieszeni :-) 


WIATR PRAWIE URWAŁ MI GŁOWĘ!

Na Playa de Famara o to nietrudno! Kanaryjski halny szalał rozwiewając mi włosy i tworząc ogromne fale, na których surfowali chłopcy i dziewczyny w różnym wieku. Można było obserwować mnóstwo grup, które się uczyły włączając w to dzieciaczki, którym nie dałabym więcej niż 5 lat! To jedyne miejsce, do którego wróciliśmy. Byliśmy tam dwa razy. Niezwykle mi się tam podobało. Można poczuć się wolnym... nie tylko od turystycznych tłumów ;-) 




POŻEGNANIE Z LANZAROTE

Z Lanzarote żegnaliśmy się w najpiękniejszym widokowo miejscu - Mirador del Rio. To także obowiązkowy punkt. Cesar Manrique, artysta pochodzący z wyspy, to niezwykle ważna persona. Usłyszycie o niej na każdym kroku. To właśnie on zaprojektował taras widokowy nad 400 metrowym urwiskiem tworząc dzieło sztuki. Przy ładnej pogodzie fantastycznie widać małą sąsiadkę Lanzarote - La Graciosę. 



Zrobił się z tego posta troszkę tasiemiec, ale krócej się nie dało. W kolejnym poście poczytacie o praktycznych wskazówkach, jak taki wyjazd zorganizować, co i ile kosztuje, a także o czym warto pamiętać i na co zwrócić uwagę. Ja w Lanzarote się zakochałam, jestem oczarowana i zachwycona tym co tam mnie spotkało. Uśmiechnięci ludzie, przepyszne jedzenie i rewelacyjne widoki - nam do odpoczynku nie potrzeba niczego więcej :-) 

_______________________________

Jeżeli tekst Ci się podobał i chcesz być na bieżąco z moją blogową twórczością, nie zapomnij znaleźć mnie na FACEBOOKU i INSTAGRAMIE. Będzie mi również bardzo miło, jeżeli udostępnisz post lub go skomentujesz - to dla mnie znak, że doceniasz moją pracę :)





MOGĄ CI SIĘ RÓWNIEŻ SPODOBAĆ

0 komentarze

OBSERWUJ PRZEZ E-MAIL